
Jesienna aura za oknem, deszczowy dzień, kolorowe liście na drzewach i jarzębina. Pięknie. Wybrałam się na spotkanie i po drodze kontempluję ten stan pogody. Kolejny raz myślę sobie, że ja to mam fajne podejście, bo mnie ta pogoda nie „rusza”. Nie wpływa na moje samopoczucie, nie powoduje, że zaczynam marudzić, bo zimno, bo mokro, bo brzydko, a bo dzień coraz krótszy i zaraz już zima i w ogóle dramat ta pora roku i kiedy w końcu lato znowu będzie. A, przypominam, mamy połowę października. Brzmi śmiesznie, jak się to czyta, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie poleciał kiedyś takim tekstem. Ja też lubiłam sobie tak ponarzekać, jakoś lepiej na sercu się robiło, bo to takie „bezkarne”, a ilu sprzymierzeńców wokół tej dyskusji się zawsze zebrało. Od razu człowiek czuł, że nie jest sam w tym jesiennym dramacie.
A wiecie, co myślę sobie dziś? Że to narzekanie na pogodę, nakręcanie się wzajemnie, jacy to jesteśmy poszkodowani deszczem, zimnem i ciemnością, przeziębienia, o które w tym czasie często zahaczamy to takie magnesiki, które pozwalają nam czuć przynależność do grupy, poczucie wspólnoty, że ktoś inny ma tak samo, że ja nie jestem dziwna, bo ten i tamta mówią czy robią to, co ja, są w tej samej niedoli. I dla naszej głowy to jest filar, na którym opiera poczucie bezpieczeństwa. Bo, co jeśli będę inna? Co jeśli nie będę narzekać na deszczowe popołudnia? Co, jeśli powiem, że ja lubię wyjść na spacer w deszczu? No, na przykład, ktoś skomentuje, że jednak jestem dziwna. Ktoś inny przestanie ze mną rozmawiać w kuchni przy kawie albo dziwnie się spojrzy. Nie będę należeć do tej grupy. Zostanę sama… A jak zostanę sama to nie będę bezpieczna, nie będę miała znajomych, przyjaciół, wsparcia.
I ta spiralka tak nam się nakręca, nasza głowa generuje coraz to więcej czarnych scenariuszy, które wywołują w nas lęk. Z lęku przed oceną wyłania nam się kolejny – lęk przed odrzuceniem. Bo nikt z nas nie chce być sam. Każdy człowiek potrzebuje drugiego do funkcjonowania, bo tak jesteśmy skonstruowani, by żyć w społecznościach. Dla niektórych myśl, że mieliby tylko jednego przyjaciela jest już miejscem lęku i braku stabilności. Dla innych to jest jedyna opcja, jaką biorą pod uwagę, bo im więcej osób, tym czują większe przytłoczenie. Oba te scenariusze są okej, bo każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego dla siebie. Ważne, by widzieć, czego potrzebuję ja.
I oba te stresory różnie nam się w życiu objawiają. Nawet nie zauważamy, jak jeden po drugim, gromadzimy całą brygadę lęków w sobie, a one panosząc się coraz bardziej, powstrzymują nas przed kolejnymi krokami ku pełni życia. Jak one się mogą objawiać? Powiem Wam, co ja widziałam u siebie. Od kiedy pamiętam panicznie bałam się myszy, szczurów, gdzieś po drodze doszły chomiki, świnki morskie i wszystkie tego typu zwierzaki. Miałam to do tego stopnia, że, gdy kiedyś przychodziłam do domu koleżanki, a ona w przedpokoju miała zamknięta klatkę z chomikiem to ja po kliknięciu dzwonka schodziłam na najniższy schodek przy wejściu, zanim otworzyła, a gdy już do mnie wyszła to by wejść na przydomowy taras musiała zamykać drzwi wejściowe do domu, by przypadkiem chomik nie wybiegł na zewnątrz. Chomik siedzący w zamkniętej klatce. Inna koleżanka, gdy musiałyśmy u niej zrobić projekt na studiach to swoje świnki morskie chowała za zasłoną w osobnym pokoju, żebym mogła na drugim końcu mieszkania z nią przebywać + włączała muzykę, żeby zagłuszyć ich bieganie w kółku.
Inna historia. Jako dzieciak wychowywany na wsi z kuzynkami biegałyśmy po stodole, skakałyśmy do siana, wpinałyśmy się po drzewach, żeby prosto z gałęzi zajadać śliwki, jabłka i inne łakocie. Pewnego razu, już jako studentka, wybrałam się ze znajomymi na Mostek Czarownik we Wrocławiu. Wchodzimy sobie po schodkach, najpierw betonowych, rozmawiamy, śmiejemy się i wspinamy coraz wyżej. Koleżanka miała torbę z rzeczami, którą akurat ja wtedy wnosiłam. W pewnym momencie tego wejścia schody betonowe zmieniają się w metalową kratę, która prowadzi już do końca, na sam Mostek. Byłam pierwszy raz, więc to była nowość, ale w mojej głowie teoretycznie luz, no schody jak schody, pełno ludzi wchodzi, więc nic specjalnego. Teoretycznie, w mojej świadomości. Bo, po zrobieniu pierwszych kilku stopni nagle ugięły mi się kolana, roztrzęsły nogi, przyspieszyło serce, a ciało zalał zimny pot. Nie mogłam zrobić kroku naprzód. Chciałam, ale nie mogłam. Obróciłam to w żart, więc ze znajomymi się pośmialiśmy, ale problem nie zniknął. Oddałam więc torbę koleżance, złapałam się poręczy oburącz, zadarłam głowę do góry i patrząc w sufit wciągałam się na kolejne schodki, o których mówili mi znajomi. Weszłam, na górze podziwianie widoków i droga w dół, znów z zadartą głową i znów „na słuch”. Byłam tam później jeszcze kilka razy i za każdym razem moje wejścia i zejścia wyglądały tak samo – ktoś mnie musiał instruować, a ja walcząc z paraliżującym strachem wchodziłam na górę. Dlaczego sobie to robiłam? A bo wśród moich cech są też takie, że jestem uparta, lubię osiągać założone cele i nie lubię, gdy coś lub ktoś mnie ogranicza. Tym samym, nie dawałam sobie zgody na ten lęk, bo świadomie wiedziałam, że on nie jest zasadny. Moja podświadomość ewidentnie miała inne zdanie w tym temacie.
Te przytoczone historie są z tych widocznych, bo stres, paraliż ciała, czy podskakiwanie ze strachu na dźwięk zabawki chomika każdy widział i wiedział, że tak mam. Jedni rozumieli, inni śmieszkowali, ale nikt się nad tym nie pochylał. Mam jednak też historie, których nie pokazywałam na zewnątrz, mimo że w środku moje ciało toczyło walkę. Myślę, że sama w tym nie jestem. Kartkówka w szkole, pytanie przy tablicy, egzaminy, prezentacja w firmie, spotkanie w temacie projektu albo rozmowa roczna? Za każdym razem skurcz w żołądku, biegunka, suchość w ustach, serce wyskakujące z piersi. I z czasem zamiast mniej, bo już znane sytuacje, to coraz bardziej stresujące to dla mnie było. Ktoś zadaje pytanie, a ja znam odpowiedź, albo mam jakieś zdanie w temacie? Nie odezwę się, bo może inni uważają inaczej i co sobie o mnie pomyślą. A gdybym się pomyliła i nie miała racji? A jeśli ktoś ma inne zdanie na temat mojej pracy? A jeśli ktoś ma lepszy pomysł i mój wypadnie słabo? Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu. Lepiej czuć niesmak, ale siedzieć cicho i bezpiecznie przez to przebrnąć.
I takich historii mam masę, ze szkoły, studiów, pracy, spotkań z rodziną, rozmów ze znajomymi. Dopóki nie zaczęłam myśleć o nich, jako o problemie, który mi się nasila, który mnie pęta i coraz bardziej ogranicza w moim własnym życiu, wydawało mi się to normalne. Również dlatego, że inni mieli podobnie, więc mogliśmy wspólnie się „powspierać” w tej niedoli, a tak naprawdę maskować przyczynę, która od środka mnie wykańczała.
Zaczęłam się tym interesować bardziej, szukać powiązań, przyczyn i rozwiązań, bo uznałam, że nie może być tak, że taki stres jest codziennością, że te lęki będą mi towarzyszyć już zawsze – nie zgadzam się na to. Ja bym w życiu chciała mówić to co myślę, robić to, co czuję i nie przejmować się tym, czy komuś się to podoba czy nie. Na różne materiały w sieci trafiałam, różne profile społecznościowe zatrzymywały mnie na krócej bądź dłużej. Na własną rękę zaczęłam się terapeutyzować, czego akurat nie mogę polecić, bo to już ciężkie działa są i w moim przypadku, weszłam sama w głębokie procesy, z których później nie umiałam dobrze wyjść, więc tego lęku i stresu pojawiło się jeszcze więcej.
Niemniej, po nitce do kłębka, nadal szukałam, czytałam, oglądałam, słuchałam, poprosiłam o pomoc. Z czasem odważyłam się próbować inaczej reagować niż mam to wgrane w moim standardowym zestawie reakcji, chociaż całe ciało krzyczało „nie rób tego, bo Ci się świat zawali!”, „nie przeżyjesz reakcji drugiej strony!”, „to nie jest bezpieczne!”. Ale bazowałam na tym, co wyczytałam, że jest dobre, zdrowe, „normalne”, a co np. dla mnie było dotychczas w kategorii agresywne (mam tu na myśli np. zdania: „nie zrobię za Ciebie tego zadania” albo „nie mogę się z Tobą spotkać w tym tygodniu”. Tak, dla mnie były to komunikaty agresywne. Nie asertywne, agresywne.) A jednak, jak już wewnętrzną walkę wygrałam, że spróbuję inaczej i komunikowałam w nowy sposób to się okazywało, że świat się nie zawalał, czasem reakcja była neutralna, czasem zupełnie spokojna i wzięta ze scenariusza „wymarzona odpowiedź”, a czasem zaskakiwała mnie samą, bo obyło się bez reakcji. Mój komunikat zamykał dyskusję, której tak się bałam.
I tak to sobie obserwuję już od kilku lat. Nadal mam różne sytuacje, gdzie najpierw w głowie kalkuluję, walczę czy mówić czy nie, opieram się lękom, ale to, co zauważam to to, że teraz pomimo leku, próbuję – dużo częściej niż wcześniej. Próbuję inaczej, bo już wiem, że w innych przypadkach przyniosło mi to korzyści – oczekiwane lub nawet większe, więc może tym razem też? I jak się okazuje, dokładnie tak jest.
Jakie wnioski wyciągnęłam jeszcze po czasie? Już się nie boję metalowych schodów, wchodzę po nich, jak po każdych innych i moje ciało nie reaguje stresem. Gryzonie – no nie jest to najprzyjemniejszy dla mnie widok, ale jak mi się w nocy przyśnią to się obracam i zasypiam dalej, a nie trzęsę się do rana ze stresu ze ściśniętym żołądkiem i poczuciem, że zaraz mnie najdą w tym łóżku i zginę. Spotkania w pracy – och, uwielbiam zabierać głos, dzielić się pomysłami, omawiać je na forum i kreować coraz to nowe i lepsze pomysły. Dyskusja i wymiana poglądów, szczególnie, gdy ktoś ma skrajnie odmienne stanowisko od mojego są dla mnie fascynujące i z przyjemnością słucham, pytam i dzielę się swoją perspektywą.
Jak to się człowiek może diametralnie zmienić, prawda? Już użyłam tego słowa, ale jest to dla mnie FASCYNUJĄCE! Ta moja historia niech będzie zalążkiem, który być może Ciebie zatrzyma i da przestrzeń dla myśli, że Ty też możesz odetchnąć pełną piersią nie bojąc się, że ktoś Ci zwróci uwagę, że robisz to za głośno. A niech zwróci, uśmiechnij się i idź w swoją stronę, a co odetchniesz to Twoje. 🙂
Owocnych przemyśleń!

Podziel się przemyśleniami :)