Nadszedł listopad i zaczynamy go wspominając naszych bliskich, przodków, przyjaciół, dzieci. Tych, których z nami już nie ma. Niektórych znaliśmy, niektórzy odeszli przed nami, ale wiemy o nich z opowieści rodzinnych, a niektórzy odeszli za szybko.

Pisząc to czuję zaciskanie szczęki i mam łzy w oczach. Moja szczęka zawsze mówi mi o złości, którą gdzieś kumuluję wewnątrz siebie, ale też o smutku. Jest to taki mój radar emocji, które uczę się przeżywać dopiero teraz, w dorosłości. Każda z tych emocji jest dobra i potrzebna tak samo, jak inne. Akurat te dla mnie są trudniejsze, bo nie miałam na nie przyzwolenia, nie były dobrze widziane, więc nauczyłam się je tłumić i udawać, że jest dobrze, mimo, że nie było.

Będąc dzisiaj w obszarze wspomnień, mi na myśl zawsze jako pierwszy przychodzi jeden z moich dziadków, który zmarł w 2017 roku, chorując na raka. Było to dla mnie wydarzenie bardzo trudne, smutne, nie chciałam w to uwierzyć. Czułam, że mój świat się zawalił i nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. Pamiętam, że na pogrzebie bardzo płakałam. Będąc u niego na cmentarzu zawsze mówię mu, że za nim tęsknię, a on patrzy ze zdjęcia na nagrobku i mam poczucie, że jest wtedy ze mną. To zdjęcie dziadka jest niesamowite, bo niezależnie, w którym miejscu przy nagrobku się stoi, ma się wrażenie, że on zawsze patrzy tylko na ciebie.

Zastanawiające dla mnie jest to, dlaczego ten dziadek wzbudza we mnie nadal uczucia tak mocne, poruszające i ciągle żywe, bo z drugiej strony mam takie poczucie, że go w ogóle nie znałam. Mam z nim co prawda kilka wspomnień, ale gdy czasem rodzice, babcia, rodzeństwo mojej mamy, kuzyni czy mój brat o nim opowiadają to jestem zaskoczona, bo nie znam tych historii, jego takiego nie znałam, jakby mówili o innym człowieku.

Byłam jego pierwszą wnuczką, widywaliśmy się często w niedzielę, gdy razem z babcią przyjeżdżali do nas albo my jechaliśmy do nich z rodzicami i bratem. Spędzałam też u nich część wakacji, ale najczęściej dziadek był w pracy albo miał prace na gospodarce. Mimo, że znałam go 21 lat to mam wrażenie, że tych wspomnień o nim mam niewiele. Pamiętam go, gdy jadł obiad – w kuchni albo w swoim pokoiku przed telewizorem – rosół, mięso, albo pierogi. Pamiętam, jak wypatrywałam, kiedy wróci wozem zaprzęgniętym w konia, na który zbierał po wsi bańki z mlekiem z innych gospodarstw i zawoził do mleczarni. Czasem przywoził z niej jogurty owocowe i żółty ser. Uwielbiałam te jogurty, szczególnie z dużymi kawałkami owoców. Gdy babcia nie widziała, sadzał mnie pod domem na konia, na którego zarzucał starą kurtkę i prowadził do stajni. To było ze sto metrów, maksymalnie, ale było to też najbardziej wyczekiwane przeze mnie wydarzenie każdego dnia, choć w rzeczywistości zdarzyło się tylko kilka razy, bo zawsze później dostawał burę od babci. I wykopki, my z całą rodziną i z sąsiadami na polu zbieraliśmy ziemniaki, a dziadek w traktorze nam je wykopywał z ziemi. I pamiętam też, jak w każdą niedzielę jeździliśmy do kościoła czerwoną „renówką”, on prowadził, a babcia, jeszcze pod domem, wyciągała miętusy i częstowała nas nimi. Gdy ubierał się elegancko to miał czarny garnitur w delikatne jasne paseczki. A potem pamiętam go w szpitalu, na łóżku, chorego, wyglądającego jak nie on, co rozrywało moje serce na kawałki, ale nie chciałam tego nikomu pokazać i udawałam dorosłą, bo myślałam, że tak trzeba. Widziałam, jak się męczy. Gdy babcia tłumaczyła mu, kto przyszedł w odwiedziny, a byłyśmy we cztery, jeszcze z mamą i ciocią i mówiła, że to ja do niego przyjechałam (wtedy już mieszkałam 500 km od nich), odpowiedział jej, że przecież mnie widzi. Dawał do zrozumienia, że mnie poznaje, jest obecny, że mimo widocznego bólu, jest świadomy. Dla mnie te jego słowa, że mnie widzi były wtedy bardzo ważne i odtwarzałam je w głowie wielokrotnie.

Rok po nim zmarł mój drugi dziadek, powiesił się za domem. Gdy dostałam tę informację byłam wściekła, nie chciałam tego przyjąć, nie rozumiałam tego, miałam poczucie niesprawiedliwości, że on sam wybrał takie rozwiązanie – „najprostsze” – mimo tego, że mógł żyć. Ten drugi dziadek, mimo, że chciał żyć to nie mógł, bo choroba mu to życie zakończyła. Długo nie umiałam spojrzeć na to inaczej. Dzisiaj już rozumiem, że ta decyzja była jego ratunkiem, ale była też ucieczką, bo było w jego życiu coś, z czym dłużyć nie mógł sobie poradzić a nie chciał, nie mógł, albo nie umiał tego przyznać. I patrząc dzisiaj na jego nagrobek i zdjęcie też za nim tęsknię, też wspominam i też mi go brakuje. Inaczej, ale brakuje.

Każdy z nas ma jakieś historie związane z nieobecnymi już bliskimi, które poruszają go mniej lub bardziej. Każdy z nas przeżył czyjąś stratę, ale czy daliśmy sobie przestrzeń i przeżyliśmy swoją żałobę? Żałobę po tym, że codzienność będzie inna, że to miejsce przy stole już zostanie puste, że nie zjemy razem obiadu, że nie będzie już okazji się przytulić, porozmawiać, pośmiać, że dzisiaj muszę sama sobie poradzić z jakąś trudnością, bo już ta osoba mi nie doradzi. Żałobę, że nie tak miało być, że inaczej sobie to zaplanowaliśmy, że to niesprawiedliwe.

Żałoba jest ważna i jest potrzebna. Nie ma terminu ważności, nie ma jednego sposobu na jej przeżywanie, nie ma koloru – czarny nie jest obowiązkowy, chyba że tak czujesz i chcesz. Masz prawo przeżyć żałobę tak, jak potrzebujesz, bo to Twoja żałoba, której nikt inny rozumieć nie musi.

O czym jest moja, nadal trwająca, żałoba po dziadku? Myślę, że trochę o tym, że był on pierwszą osobą z tego pokolenia, która mnie opuściła, więc mój „idealny” obrazek pełnej rodziny przestał być „idealny” i nie umiałam sobie na nowo ułożyć w pełni tych puzzli. Może trochę o nieprzewidywalności życia, bo dziadek chorował „tylko” pół roku, ale była to ciężka walka. Może o braku wpływu i utracie poczucia kontroli, o samotności, stracie, pustce w sercu, której nie da się wypełnić, o miłości i tęsknocie do ludzi, którzy nas budowali, zmieniali nasze życia, dali poczucie ważności – widzieli nas.

Pisałam o tym, że dziadek zawsze patrzy na mnie ze zdjęciu na nagrobku i czuję, jakby był ze mną, widział, wspierał i nadal się opiekował. I mam takie poczucie, że dziadek tu na ziemi, nie zostawił mnie samej, że na swoje miejsce przysłał mi człowieka, który miał się mną opiekować, kochać i wspierać w trudnych momentach. Dziadek odszedł w maju, a ja w maju poczułam, że kocham chłopaka, którego poznałam zaledwie dwa miesiące wcześniej, a który dziś jest moim mężem. Ja wierzę w to, że to nie był przypadek.

Posted in

Podziel się przemyśleniami :)