Obserwuję sobie ten temat już od dłuższego czasu i to, jak upowszechniony jest w naszej codzienności. Idziemy na imprezę, do klubu, na domówkę, urodziny, imieniny, chrzciny, wesele, świętujemy awans, podwyżkę, narodziny dziecka, nowy dom, nowy samochód, nową pracę, albo spotkanie po latach – każda okazja jest dobra, żeby się napić. Ba, wręcz nie wyobrażamy sobie świętowania bez alkoholu. No bo jak, taka okazja i nie świętować? Dajemy tu znak równości.
W drugą stronę, gdy jest nam źle, jesteśmy przemęczeni, smutni, zdenerwowani, chcemy odpocząć czy zrelaksować się to też pojawia się alkohol w roli tego umilacza czasu, dzięki któremu trochę puszczą nerwy, poczujemy błogość, szybciej zaśniemy i tak dalej. Łatwe, proste i przyjemne.
Nasza kultura tak znormalizowała picie alkoholu, że nie widzimy w nim nic złego, dopóki ktoś nie popadnie w alkoholizm i spadnie na margines społeczny – wtedy to już źle, bo taki młody, a tylko pije, zamiast zająć się domem, żoną, dziećmi to on wiecznie pod sklepem, zadbałby o siebie, zamiast wszystkie pieniądze przelewać przez kołnierz. Jeśli jednak pozostaniesz schludnie ubrany, nie utracisz pracy czy pozycji, udzielasz się w towarzystwie, zapraszasz do siebie to to, że codziennie pijesz lampkę wina, whiskey czy piwo to spoko – każdemu się należy, przecież w tym nie ma nic złego.
A prezenty – jak tylko wkraczamy w magiczną „osiemnastkę” to pierwsze co przychodzi do głowy to alkohol – dobre wino, likier smakowy, wódka, żeby z pustymi rękami nie przychodzić w gości. Ta butelka trunku robi za taką wisienkę na torcie w całym prezencie, bez niej to nie to samo, to jakoś mniej wartościowy ten prezent, nie?
A gdy pojawisz się w towarzystwie i mówisz, że nie pijesz to weź się nie wygłupiaj. Co się stało? Z nami się nie napijesz? W ciąży jesteś? Samochód to można zostawić, przecież są taksówki, bolty, ktoś inny Cię odwiezie. Jeden kieliszek Ci przecież nie zaszkodzi. Co, żona zabroniła? Nie chcesz wódki, to może wino/ piwo/ chociaż drinka sobie zrób. Co tak będziesz siedzieć o suchym pysku?
I oglądam te sytuacje, uczestniczę w nich, odpowiadam na te pytania i coraz częściej mnie one zatrzymują i zastanawiają, niekiedy smucą, a czasem wręcz przerażają. Jak to jest, że nie umiemy już spędzać ze sobą czasu, ciesząc się swoim towarzystwem, rozmawiając ze sobą i będąc w pełni świadomym swoich słów i zachowań? Jak to jest, że gdy nie chcesz pić to musisz mieć uzasadnienie, musisz szukać argumentu i przekonywać, że wiesz co robisz, bo to nie jest „normalne”? Jak to jest, że nagle Ty stajesz się intruzem w towarzystwie i psujesz atmosferę, bo będziesz pamiętał, co się działo i jakoś tak nagle dziwnie się robi?
Wierzę w to, że ta narracja się zmienia, że jednak, jako ludzkość, jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, że alkohol jest trucizną, która niszczy nasze zdrowie. Niezależnie od dawki, niezależnie od częstotliwości – alkohol nie pozostaje obojętny na nasze zdrowie. Nie ma bezpiecznej ilości wypitego alkoholu, każdy kieliszek robi różnicę. Każdy z nas samodzielnie podejmuje decyzję o tym, czy i ile go spożywa i nikt nie powinien narzucać nam, jak powinniśmy postąpić. Chciałabym jednak, byśmy przestali się oszukiwać, że to coś dobrego i przestali wmawiać sobie, że tak trzeba. Żebyśmy decyzję o tym, że wypijamy lampkę wina, kufel piwa czy szklaneczkę whiskey podejmowali ze świadomością, że ciało poczuje różnicę, zdrowie się zmieni i to ma negatywne konsekwencje. Nie udawajmy, że tak nie jest. Nie próbujmy wmawiać innym, że picie jest normalne i nie da się zrobić imprezy bez alkoholu, bo się ludzie bawić nie będą, bo co to za impreza bez alkoholu, bo jak już zapraszam więcej osób to wiadomo, że trzeba.
I ja wiem, że to nie jest łatwe, tym bardziej, jeśli taka narracja towarzyszyła nam całe życie, jest nam wpojona od małego i ciągle podtrzymywana. To nie jest łatwe, bo trudno przyznać samemu przed sobą, że własnoręcznie podaję sobie truciznę, bo przecież nie jestem masochistą. To nie jest łatwe, bo wychodzimy poza schemat i jesteśmy poddani ocenie, niekiedy wyśmiani, odsunięci od grupy, a trudno nam zaakceptować, że na własne życzenie tracimy przyjaciół i znajomych. To też trochę o pewności siebie i poczuciu własnej wartości. Ale czy swoją wartość chcesz budować na szkodzeniu sobie, byle towarzystwo Cię nie odsunęło?
Zostawię Wam na koniec tego wpisu link do podkastu, w którym poruszony został temat alkoholu. Uważam, że bardzo celnie opisuje to zjawisko i daje do myślenia. Ja się z nim w pełni zgadzam, a Ty, po przeczytaniu tego wpisu i (może) odsłuchaniu rozmowy, daj znać, jakie masz przemyślenia w tym temacie.
Umyślnie #5 – Dlaczego żyjemy w alkoiluzji? (Robert Rutkowski)
Podziel się przemyśleniami :)