Bomba na początek, ok? „Przechodzę na dietę” to sformułowanie, które przez swą konstrukcję wprowadza w błąd. Tak się już jednak ugruntowało w naszym języku, że nie rozkładamy go na czynniki pierwsze, a kampanie marketingowe wiedzą, jak to wykorzystać na swoją korzyść.

A dieta to przecież – tylko i aż – sposób odżywiania. To codzienne wybory tego, co wkładamy do naszych ust. Kropka. Więc każdy z nas „jest na diecie”, bez przerwy i niezmiennie. Czy na właściwej pod kątem swojego zdrowia i zapotrzebowania organizmu? A z tym już różnie bywa.

Mamy takie czasy, że dostęp do wiedzy, do przepisów, do dietetyków i lekarzy, a także do produktów jest w zasadzie nieograniczony. I pieniądze, wbrew pozorom, też nie muszą być przeszkodą, bo w sieci znajdziemy mnóstwo darmowych treści, a niekoniecznie też musimy bazować na produktach typu awokado, które do tanich nie należy. Nie jest to więc wiedza tajemna i dostępna dla wybranych, informacje na temat różnych sposobów odżywiania nas zewsząd wręcz zalewają. Oczywiście, krytycyzm wskazany i rozsądne korzystanie z tych treści, bo wśród tych dobrych i prawidłowych, znajdziemy też masę bezsensownych porad, albo takich, które w rzeczywistości szkodzą naszemu zdrowiu, a to przecież o dbanie o nie nam chodzi.

Wśród tych sposobów odżywiania mamy mnogość rozwiązań – wegetarianizm, weganizm, bezglutenowa, bezlaktozowa, niskowęglowodanowa, ketogeniczna, Paleo, śródziemnomorska i tak można jeszcze długo. Każda z nich ma swoich zwolenników i każda ma też rzeszę krytyków. I super, bo dzięki tym dyskusjom dowiadujemy się coraz więcej, powstają kolejne badania, które potwierdzają bądź wykluczają zasadność i wpływ na nasze zdrowie, również w perspektywie czasu. A dzięki temu możemy wybierać mądrzej, świadomiej i zdrowiej.

My, ludzie, lubimy szufladki – chociaż wydaje nam się, że to na pewno nie o nas to jednak – lubimy mieć porządek, wiedzieć, co „możemy”, czego nie możemy, co jest dobre, co złe, jak się „powinno”. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa, jakiś rodzaj spokoju wewnętrznego, że nie tylko ja tak mam, a jest jakaś większa społeczność myślących i robiących coś tak samo. Dlatego często w rodzinach powtarzamy znane nam schematy – w tym te żywieniowe. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że na śniadanie to kanapki z serem i szynką, do obiadu ziemniaczki, a bigosu nie zjesz bez chleba, bo się nie najesz. Dużo przekonań, które są w naszym pojęciu absolutnie oczywiste i bezdyskusyjne, bo zawsze w domu tak było, więc o czym tu dyskutować.

Gdy zaczynamy jednak się nad tym zastanawiać, szukać innych rozwiązań to pojawia się nam takie dziwne uczucie w środku i myśl, czy ja na pewno dobrze robię? Czy ja mogę inaczej? Jak ja mam powiedzieć w domu rodzinnym, że do kotleta nie zjem ziemniaka – kto je obiad bez ziemniaka?! Może jednak przesadzam? Te wątpliwości są normalne, bo wchodzimy na grunt, którego nie znamy, bo znowu uczymy się podstaw, a w dorosłości już powinniśmy je przecież znać. Tylko dziś jest o tyle trudniej, że, no właśnie, jesteśmy dorośli i już jakieś „podstawy” mamy wgrane w nasz system operacyjny. Więc to nie tylko nauka nowego rozwiązania – to zmiana całego systemu, nauka nowych rozwiązań, poznanie możliwości, zastąpienie starych nawyków nowymi, których otoczenie może nie rozumieć. A jeśli nie rozumie to wiąże się też z potrzebą pokazania siebie z innej strony, wyjaśnienia tych innych decyzji, uzasadnienia ich. A jeśli ja się dopiero uczę, dowiaduję i szukam to nie mam od razu pewności, że to co robię, robię dobrze. Uczę się, więc pewnie popełnię błędy, pewnie nie rozpoznam od razu, co jest dobre, a co mi nie służy. Łatwo w tym miejscu się wycofać, wrócić do tego co znane i zrezygnować ze zmian, których chcieliśmy, bo przerasta nas to, co dookoła. Dzisiaj tutaj skupiam się na diecie, ale równie dobrze możemy przełożyć to na inne aspekty naszego życia. Zasada jest uniwersalna.

Wracając do „przechodzenia na dietę” – używamy tego sformułowania, gdy czujemy potrzebę zmian, najczęściej jest to kwestia zrzucenia wagi, ale powody mogą być różne. Tylko, co to właściwie oznacza, że przechodzisz na dietę? Pierwsze, co przychodzi na myśl to ograniczenie słodyczy, czyli od jutra nie jem ciast, cukierków, chipsów, nie słodzę kawy – od jutra, bo dziś „muszę” posprzątać zapasy w szafkach, czyli mam tak zwany cheat meal. Samo założenie tego ruchu jest jak najbardziej dobre (tego o ograniczeniu, nie o wyjedzeniu na raz zapasów słodyczy ;)), bo cukry proste są szkodliwe dla zdrowia i warto je wyeliminować z jadłospisu albo chociaż mocno ograniczyć. Tylko z tym założeniem wiążą się pułapki – po pierwsze taka, że na starcie zakładam, że to zmiana na chwilę, że słodycze na dietę to mi nie służą, ale ogólnie są spoko – schudnę i potem już będę mogła „normalnie” wrócić do ich jedzenia. Efekt jojo czuć w powietrzu. Druga pułapka jest taka, że jeśli w czasie tej „diety” gdzieś na widoku pojawi się okazja do zjedzenia czegoś słodkiego to wewnętrzna walka będzie bardzo trudna, by wytrwać w początkowym założeniu, bo przecież powiedziałam, że nie jem, tak? No to nie jem, ale z drugiej strony ten serniczek wygląda tak dobrze, że nie mogę się oprzeć. I jeśli się oprę to czuję stratę i jakiś brak w środku (nie tylko w żołądku ;)), a jeśli się nie oprę i poczęstuję kawałkiem to wyrzuty sumienia murowane. A z nimi cała litania pretensji do samej siebie, że nie wytrwałam w postanowieniu diety, a miałam schudnąć. A skoro nie wytrwałam to całe założenie bez sensu i rezygnuję. Za jakiś czas wrócę do niego, a historia zatoczy koło.

Oprócz słodyczy, nagle przerzucamy się na jedzenie tylko zdrowych posiłków, warzyw (i czasem owoców – czasem, bo to przecież słodkie, nie? A słodyczy nie jem – patrz, krok 1 powyżej.) i przygotowywanie wymyślnych przepisów, 5 dań dziennie, w których porcje są co do grama na wadze odliczone, bo kalorie muszą się zgadzać w aplikacji. I wpadasz w kołowrotek, w którym myślisz tylko o tym, że musisz zrobić zakupy, naszykować te różne posiłki, jeść co 3h z zegarkiem w ręku i absolutnie nie możesz pozwolić sobie na jakieś odstępstwa od tych wytycznych, bo inaczej dieta nie zadziała. Czujesz tę presję? Jakie to jest trudne, wymagające i…krótkotrwałe? Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto chociaż raz w życiu nie zaserwował sobie takiej diety.

A czy można łatwiej? Myślę, że to pytanie retoryczne, bo jak już ustaliliśmy na początku – dieta to codzienne decyzje o tym, co zjem. Mogę więc zastanowić się, co rzeczywiście kładę na swój talerz każdego dnia. Jeżeli codziennie na śniadanie jem kanapki z szynką i serem to może niech to zostanie, ale zamiast bułki i pieczywa pszennego, zastąpię je np. pieczywem żytnim na zakwasie i dodam pomidora. Zamiast białego ryżu na obiad – spróbuję brązowy, albo kaszę gryczaną, albo posiłek bez tego dodatku. Może leczo bez ryżu albo kotlet bez ziemniaka jednak nasycą mnie, mimo ich braku? Na podwieczorek lubię zjeść jogurt owocowy – okej, to zamiast gotowca dzisiaj wybieram jogurt grecki, do którego dorzucę sobie świeże owoce. Na kolację zamiast zupki chińskiej, do garnka z wodą wrzucę gotowy bukiet warzyw mrożonych, dorzucę pełnoziarnisty makaron, lekko zaciągnę śmietaną i doprawię solą i pieprzem. A może następnym razem, będąc na zakupach w sklepie sprawdzę, czy skład parówek, które kupuję nie zawiera jakichś dziwnych nazw, których nie rozumiem, a jeśli tak to poszukam innych, gdzie ten skład będzie krótszy i bardziej zrozumiały? Daj sobie czas. Codzienne wybory to małe zmiany, nie rewolucja. Rewolucja wymaga buntu, rezygnacji z tego co znane, łatwe i wygodne. Trwała zmiana wymaga małych kroków, modyfikacji tego, co dla mnie naturalne, ale w sposób możliwy do przyjęcia, akceptowalny, bo bez poczucia straty.

A w diecie nie chodzi o stratę, o rezygnację z jakiejś części siebie, chodzi o zbudowanie trwałych nawyków, podejmowanie lepszych decyzji, drobnych zmian, które zrobią dużą różnicę. Bo zrobią, tylko daj sobie czas. Bez presji, że od dziś tylko woda, bo sylwester za pasem, więc żebym się w sukienkę zmieściła, bo lato i figura do stroju by się przydała, bo wesele, więc muszę być jakaś. Skoro skupiasz się na zrobieniu „formy na lato”, nie dziw się, że po lecie, wracasz do tej poprzedniej. Lato minęło, a z nim letnia forma. Spróbuj dziś wybrać formę na lata, a dla tej liczy się każda podjęta przez Ciebie dziś decyzja żywieniowa. Kawałek sernika na imprezie u znajomych może być przyjemnością, której nie musisz sobie odmawiać, ale jeżeli ta przyjemność pojawia się codziennie i po kilka razy to już warto przemyśleć, czy te wybory na pewno prowadzą do założonego celu, do zdrowia i dobrej kondycji za 50 lat. Można wybierać zdrowo, można wybierać bez presji i można nie szufladkować się w żadną konkretną dietę. Masz wybór. Co dziś wybierasz?

Posted in

Podziel się przemyśleniami :)