Nadszedł taki moment w moim życiu, że coraz częściej udaje mi się słyszeć siebie, słyszeć swój wewnętrzny głos, czuć w trzewiach, czy coś jest dla mnie okej czy moje ciało daje znaki by się wycofać, niezgodzić, poszukać innej drogi. Ten głos nazywany jest intuicją.

W teorii każdy ją ma, z praktyką bywa trudniej i nie zawsze dopuszczamy do siebie to, co ona mówi. Wiem, bo praktykowałam to wiele lat. Po co? Ze strachu, z lęku przed odrzuceniem przez otoczenie – rodzinę i znajomych, z lęku przed oceną – ta sama grupa, z lęku przed odpowiedzialnością, której jednocześnie szukałam. Czy to były sprawy wielkiej wagi? Niekoniecznie. Czasem to kwestia powiedzenia, że nie lubię jakiejś potrawy, wolę inny kolor, mam inne zdanie. Czy szukanie słów, by nie powiedzieć tego, co rzeczywiście mam na myśli lub unikanie wypowiedzi było łatwiejsze/ miało sens? Dla mnie w tych sytuacjach tak, bo było zasłoną dymną i gwarantowało mi jakiś rodzaj bezpieczeństwa. Czy z perspektywy czasu coś bym zmieniła? Nie, było tak, jak miało być, wybierałam najlepszą z dostępnych mi wtedy opcji.

Dzisiaj jednak mogę wybierać inaczej. Dzisiaj mam nowe umiejętności, nowe narzędzia. Dzisiaj mam stabilną pewność siebie i wiem, czego chcę. Nie czuję zagrożenia, więc mogę być sobą i kierować się tym, co czuję w sercu. Jak się okazuje, jest ono bardzo pracowite i rozgadane i co chwilę coś podpowiada. Czasem zleca to innym częściom mojego ciała, które specjalizują się w konkretnych sygnałach, tak żeby nie było wątpliwości. Zatem udział ma głowa, szczęka, płuca, żołądek, podbrzusze i inne. Nauczyłam się ich języków, więc dziś łatwo mi się z nimi dogadać, choć, jak to w komunikacji – zdarzają się czasem nieporozumienia.

Zbliżają się święta i czas, który większość z nas będzie spędzać w gronie rodziny. Te spotkania bywają budujące i wartościowe, ale bywają też trudne. Zdarza się, że to wtedy zagłuszamy swoją intuicję i robimy lub mówimy coś,  co nie do końca jest zgodne z tym, co czujemy, ale ma służyć spokojnej atmosferze, czyjemuś zadowoleniu, braku kłótni i nieporozumień, stworzyć pozory dobrych relacji i tak dalej. I opieramy się sobie, by zadowolić innych, zapewnić ten wyczekiwany „święty spokój”.

Bywa też tak, że z wyprzedzeniem Ty już „wiesz”, jakie będą rozmowy, jakie padną słowa, teksty i pytania, na niektóre spotkania w ogóle nie czekasz, bo są tylko przykrym obowiązkiem. Tylko, czy dzięki temu, że na nie pójdziesz, że ugryziesz się w język i odpowiesz zgodnie z oczekiwaniami, a nie zgodnie ze sobą, że zmusisz się do bycia jakąś, zapewnisz sobie spokój? Bo brzmią te rozwiązania jak wewnętrzna (i niekiedy też zewnętrzna) walka, która ze spokojem ma niewiele wspólnego.

A gdyby tak odwrócić perspektywę? Zastanowić się nad tym, dlaczego chcesz się z tym kimś spotkać (skoro decydujesz się spotkać to jest coś pod spodem), co ta osoba ma w sobie fajnego, co wyniesiesz dobrego z tego spotkania? Może jedyną odpowiedzią będzie pełny brzuch. I ok – znaczy, że było smacznie. I wystarczy. A może pojawi się tam też więcej pozytywów.

Tak się wymądrzam, bo w ostatnim czasie sama ten schemat zastosowałam – nieświadomie, ale olśnienie przyszło w trakcie. I było to właśnie w kontekście świąt i rozmów na temat wyglądu, wagi, diety. Są takie osoby w moim otoczeniu, dla których poruszenie tych tematów jest obowiązkowym punktem każdego spotkania. I raz słyszę, że zmizerniałam, nic nie jem, tylko się odchudzam i źle to już wygląda, a innym razem, że taki ze mnie się pączuś zrobił okrąglutki. Ani jednego, ani drugiego komentarza nie potrzebuję. Wiem, jak wyglądam – mam lusterko w domu. Dla nich to jednak nieoczywiste, więc komentują.

I złapałam się na tym, że już teraz zaczęłam myśleć o spotkaniu z nimi niechętnie, ze względu właśnie na te komentarze, zaczęłam wymyślać scenariusze rozmów, ich tekstów i moich odpowiedzi. W pewnym momencie odkryłam, że odgrywam jakąś wewnętrzną walkę, chcąc się obronić, ale też trochę wbić szpileczkę, chcąc uciąć te rozmowy, a jednocześnie pogadać, zrozumieć motywacje, pokazać swoją perspektywę. Dwa wilki. Serce i rozum. I zadałam sobie samej te pytania – czym te spotkania tak de facto mają być? Kim są dla mnie te osoby? Czy, gdyby tych ludzi zabrakło, tęskniłabym za nimi, chciałabym jeszcze raz móc porozmawiać, posłuchać? Co mnie może cieszyć podczas tych rozmów? Co od siebie chcę dawać, jaką energię wysyłać? I okazuje się, że serce wzięło rozum w obroty i te mury, waleczne postawy, potrzebę udowadniania czegoś czy przekonywania, ale też jakiegoś rodzaju obawy rozpuściło. Te nieuświadomione motywacje też. Bo w ostatecznym rozrachunku są to osoby, na których mi zależy, które kocham, choć ta miłość nie zawsze jest łatwa, jest to moja rodzina. Mają swoje życia, krótsze i dłuższe, doświadczenia – nie zawsze łatwe i przekonania,  które ich chroniły dotychczas, a których ja – z perspektywy mojego życia – mogę nie rozumieć. Tak samo, jak oni nie rozumieją mnie. Więc na koniec dnia chcę po prostu móc odwiedzić, być z nimi, posłuchać, pożartować, dać od siebie czas, uśmiechu i otwartość.

Życzę sobie i Wam, żeby pamiętać o tym w trakcie świąt i po prostu być, być sobą i szukać w innych tego, co dobre.

Posted in

Podziel się przemyśleniami :)