Ciekawą dzisiaj odbyłam rozmowę, całkiem niespodziewaną, a trwającą prawie godzinę. Na targowisku, na stoisku ze zdrową żywnością.

Wracając dziś do domu zeszłam do centrum handlowego, w którym są głównie stoiska z przetworami, warzywami, jajkami, ale też drobne sprzęty kuchenne, dorabianie kluczy i generalnie taki klimat małego spożywczaka, z zamiarem kupienia zakwasu do barszczu. I gdy go kupiłam, klasycznie w mojej głowie pojawiła się myśl „a przejdę się po alejkach, skoro już jestem, może coś mnie zaciekawi”. I trafiłam na stoisko z ziołami, przyprawami i herbatkami, co przypomniało mi, że moja lipowa herbatka już się kończy, a akurat przeziębiona jestem, więc przydałby się zapas. Niestety pani nie miała nic z lipą (więc lipa 😉 ), ale pokierowała mnie na inne stoiska, gdzie była szansa, że ją dostanę. Znalazłam jedno z nich, choć chwilę błądziłam, bo jakieś takie niepozorne było.

Zaczęłam rozmowę z panem obsługującym sklepik i gdy on szukał mi ziółek z liśćmi lipy, ja przeglądałam pozostały asortyment. Od słowa do słowa, od składu jednych mieszanek ziół do drugich, przeszliśmy do rozmowy o innych, poza lipą, rozgrzewających ziółek, potem domowe sposoby lecznicze, soki owocowe, zdrowe jedzenie, przez świadomość ludzi w kontekście właśnie zdrowia, jedzenia, opieki medycznej, przekazów politycznych, telewizji i mediów, zainteresowań i ich braku u ludzi, przez ekologię, slow life, rozwiązania systemowe dla niektórych problemów społecznych, po proste mechanizmy funkcjonowania ludzi w świecie, w społeczeństwie i w związkach. Godzina. Godzina upłynęła nam na tak ciekawej rozmowie, że nie miałam ochoty jej kończyć, jednak i czas i czekająca już inna klientka z miodem w ręce jednak skłoniły nas do dokończenia transakcji za herbatkę i sok malinowy i pożegnania się. Wróciłam do domu i jeszcze z uśmiechem na ustach opowiadałam mężowi o tej sytuacji. Zupełnie przypadkowej, zupełnie nieplanowanej, absolutnie zaskakującej i jak na (mówię to z przekąsem) dzisiejsze czasy bardzo rzadko spotykanej. Co prawda statystyk nie prowadzę, ale poza pokoleniem naszych babć i niektórych mam to raczej młodych nie widzimy w takich sytuacjach. Czy się mylę?

I tu nie chodzi mi o moją jakąś wyjątkowość, że pogadałam ze starszym o, na oko, 20 lat panem, absolutnie nie. Dla mnie to też była sytuacja, która często bywa niekomfortowa, bo ktoś zagaduje, ciągnie jakąś gadkę, a ja – w takim życiu codziennym – z obcymi ludźmi, randomowo, nie mając tego wcześniej w planie, czyli nie z mojej inicjatywy, to nie za bardzo umiem rozmawiać, czuję jakiś dyskomfort, stres, że ta sytuacja się wydarza, a ja nie wiem, czy: po 1. chcę w niej brać udział, po 2. chcę odpowiadać na pytania lub pytać o cokolwiek, po 3. nie znam człowieka, nie potrzebuję tej dyskusji. Mam jednak jakąś wewnętrzną potrzebę by takie absolutne minimum zaangażowania dać od siebie czy uśmiechnąć się – szczególnie do dzieci i starszych osób, bo tu czuję, że mogę umilić im dzień i to tylko poprzez drobny gest, jakim ten uśmiech jest, a który nic mnie nie kosztuje.

Dzisiaj jednak tego wewnętrznego zażenowania, przymusu, dyskomfortu nie było. Dzisiaj z ogromną przyjemnością słuchałam i mówiłam, a wątki płynęły wartko. Czułam, że mój rozmówca jest ciekawy tego, co ja mam do powiedzenia, ale też, że nasze spotkanie jemu też sprawia przyjemność. Bardzo to było orzeźwiające i ładujące jakieś moje społeczne bateryjki.

Myślę sobie, że brakuje nam, jako społeczeństwu, takich interakcji w życiu codziennym. Prostych rozmów na bazarku, z uśmiechem dla drugiego człowieka, z ciekawością, co on ma do powiedzenia, z aktywnym słuchaniem, bez oceniania siebie nawzajem. Od „dzień dobry” do „miłego popołudnia”. Takich rozmów prawdziwych, namacalnych, na które nie musimy się umawiać z wyprzedzeniem za trzy tygodnie, bo kalendarze nam się nie spinają.

Utknęliśmy trochę w świecie mediów społecznościowych, obserwowania znajomych, którzy tak naprawdę już dawno nimi nie są, bo kontakt urwał się zaraz po szkole, studiach czy zakończeniu pracy. A mimo to obserwujemy i grono znajomych według statystyk liczy kilkaset osób. I tak przeglądamy sobie zdjęcia, rolki, filmiki, czasem wyślemy życzenia przy jakiejś opublikowanej okazji, czasem gratulacje albo serduszko i lecimy dalej. I w godzinę wiemy o wakacjach, ślubach, dzieciach, obiedzie, zwierzaku, kolejnej kawie setki osób. Wszystko na tacy, bez żadnego wysiłku, tylko ruch kciuka. Ale po wyłączeniu aplikacji nadal jesteśmy w tym samym miejscu, choć może w gorszym nastroju, bo „wszyscy” wyjeżdżają w piękne miejsca, a ja przeliczam na raty kredytu albo płytki do mieszkania. I nie widzimy prawdziwej wartości tej naszej codzienności.

Zdarza nam się zapomnieć, że życie to właśnie codzienne rzeczy: obiad dla rodziny, zmywanie naczyń, pranie, zakupy, porządki w mieszkaniu, praca w stałych godzinach i przeciętne zarobki. Po prostu. Życie nie jest tylko kolorowe, uśmiechnięte i wypoczęte, z drinkiem z palemką w ręce i zachodem słońca na plaży, z karierą w firmie i sukcesami i dużymi zarobkami. To nie świadczy o jego wartości.

Dużo cenniejsze jest to, kim się otaczamy, czy dla siebie, partnera, rodziny jesteśmy dobrzy, czuli, opiekuńczy, czy do obcej osoby na ulicy umiemy się uśmiechnąć czy pomóc, jeśli nas poprosi. Otwarcie się na rozmowy z ludźmi, spoza naszej strefy rodzinnej czy przyjacielskiej, nie jest konieczne, niektórym nie jest potrzebne w ogóle, a wręcz jest niekomfortowe. Ale może właśnie to pozwoli Ci się zatrzymać, zobaczyć, że życie innych nie jest tak różne od Twojego, jak to może się wydawać po przeglądnięciu mediów społecznościowych.

A nuż odbędziesz ciekawą rozmowę, na wspomnienie której uśmiech będzie sam wchodził na usta. Tego życzę, sobie i Wam. Zwolnienia, by przeżywać życie na co dzień.

Posted in

Podziel się przemyśleniami :)