Masz czasem tak, że zastanawiasz się nad sensem swojego życia? Nad tym, czy przeżywasz je dobrze, czy robisz wystarczająco dużo?

Mnie co jakiś czas nachodzą takie refleksje i rozkminiam sens mojego istnienia. A w sumie nie tylko mojego i całe szczęście, bo gdyby nie ta szersza perspektywa to trudno byłoby mi przyznać, że jestem wystarczająca i nie muszę robić więcej. Choć to całkiem świeży wniosek, jak na moje 30 lat.

Jak sięgam pamięcią wstecz to ja od małego miałam tak, że myślałam o tym, co będę robić w przyszłości, jaką będę osobą, co i kto mnie będzie otaczać, jakie znaczenie dla świata będę miała. Moja wyobraźnia nie widziała mnie tylko jako aktorki, piosenkarki czy nauczycielki i choć to były komunikaty, które słyszeli dorośli pytający „kim chcesz być w przyszłości?” to ja w głowie miałam bardziej szczegółową wizję przyszłości, ale trzymałam ją dla siebie.

Jako nastolatka trochę zepchnęłam ją do zamkniętej szuflady na dno umysłu i skupiłam się na tym, by jak najlepiej pasować do świata i się nie wychylać, by spełniać oczekiwania innych, co do właściwego zachowania, myślenia, planów. Tam nie było myślenia o czymś więcej niż dobrze się uczyć, poprawnie zachowywać, trzymać się zasad wszelakich, być pobożną, racjonalną i zahukaną, nie imprezować, bo nie wypada, chcieć normalnej pracy (więc ewentualnie ta nauczycielka była w miarę sensownym pomysłem) i kiedyś założyć rodzinę – byle nie za szybko, ale no jest na to „odpowiedni” moment, wiadomo.

Studia były etapem nowych znajomości, przyjaźni, randkowania i imprezowania, bo w końcu byłam „dorosła”, no więc mogę, ale też nie za bardzo, żeby jednak nie przesadzić, bo już też nie wypada – na szaleństwa czas był wcześniej, prawda? Ale to już też ten czas na poważnie – wybrałaś kierunek to nie ma odwrotu, już myśl o pracy i przyszłości, bo to najważniejsze i zaważy na dalszym życiu. To już czas na poważne myślenie, męża, rodzinę, już masz dwadzieścia lat przecież. Niekończąca się presja właściwego życia mnie nie opuszczała. Nie widziałam tego, ale było.

Magiczna granica lat 25 była początkiem czegoś innego, poczułam jakiś wewnętrzny bunt. Tak, dopiero. Choć bunt to za dużo na tamten moment – raczej jakiś przesmyk świadomości, że ja jestem osobnym bytem, człowiekiem mającym do przeżycia swoje życie i do podjęcia własne wybory. Dziewczyną mającą wpływ na to, jak to życie będzie wyglądało, jakim człowiekiem będzie, jaka codzienność ją czeka, jak jej będzie ze sobą i z innymi. Zaczęłam sobie przypominać, że kiedyś miałam marzenia i wizję czegoś więcej. Że nie trzeba marzyć tylko o „normalnej” pracy i dążyć do jakiegoś modelu rodziny i koniec. Że można chcieć od życia więcej, można być sobą, można myśleć inaczej i mówić o tym otwarcie, a nie tylko tyle, ile z innymi się zgadza.

Te kilka ostatnich lat to burzenie wizji „właściwego” życia i redefiniowanie jej. To zastanawianie się, czego JA właściwie chcę, jaka chcę być, co chcę dawać od siebie, a co brać od życia. To dopuszczenie bycia w „nie wiem”, uczenia się mówienia, że się nie zgadzam, że mam inaczej, że lubię tak. To oglądanie siebie z różnych stron i zauważenie, że jestem wielowymiarowa, że nie umiem się zamknąć w definicji czy szufladzie bycia jakąś, robienia tylko jakichś konkretnych rzeczy, widzenia swojej przyszłości klarownie, bycia z zawodu X, popierania tylko partii Y, wybierania zawsze tak samo, przewidywalnie i bezpiecznie.

Uświadomienie sobie, że nie muszę się zamykać w jakichś ramach, nie muszę mieć zdania na każdy temat, nie muszę wiedzieć, nie muszę być na bieżąco z wiadomościami, nie muszę tak, jak inni i w tym czasie, gdy wszyscy, mogę nie wiedzieć, mogę zmienić zdanie, mogę się nauczyć,  spróbować nowego, mogę iść pod prąd – było dla mnie szokujące, niepewne, stresujące na maksa i pełne obaw. No bo, serio – mogę i nie muszę?!

Całe życie w jakimś nieuświadomionym dążeniu do i ta psychicznie bezpieczna przystań wiedzy nagle zniknęły, nagle okazało się, że od nowa muszę ją sobie zbudować – albo wrócić i nadal żyć, jak dotychczas, ale teraz mając świadomość, że sama świadomie to wybieram. A skoro wybieram to wchodzi wspomniany bunt i ja nie chcę jak dotychczas, chcę czuć, że żyję swoim życiem, chcę spróbować inaczej, bo skoro widzę, że inni mają i robią inaczej to dlaczego ja miałabym nie spróbować? Skoro zachowując się w dany sposób, który znam i wybierając coś – wiem, że efekty będą takie i takie, a ja bym chciała jednak uzyskać inne efekty to znaczy, że ja muszę zachować się inaczej. Ale, to tak można? Sprawdź, dziewczyno.

No więc sprawdzam – coraz częściej, coraz śmielej. Lubię powiedzenie Einsteina, że „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”. Daje do myślenia, bardzo. Lubię też zasadę „bój się i rób”, bo ściąga ciężar superbohatera i pozwala mi małymi kroczkami odważać się na próbowanie po nowemu i niewiedzenie, co i jak będzie, na mylenie się i próbowanie znowu, inaczej.

I dziś mnie to niesamowicie fascynuje, daje poczucie swobody, jakiejś dziecięcej radości z życia, a jednocześnie satysfakcji z odpowiedzialności za własne decyzje, wybory i życie. Wspaniałe to uczucie – bycia dorosłym człowiekiem, ale bez presji i oczekiwania a z otwartością na to, jak to dalsze życie się potoczy i co jeszcze przyniesie.

Posted in

Podziel się przemyśleniami :)