Wczoraj spełniłam jedno z moich marzeń uczestnicząc w warsztacie rozwojowym Asi Chmury, który odbył się w ramach zakończenia spotkań autorskich wokół książki „To nawet lepiej”. Bilet kupiłam, jak tylko Asia ogłosiła termin. Uznałam, że nieważne jak, jakoś zorganizuję wyjazd i pojadę, bo dziewczynę uwielbiam, od lat uczę się od niej obsługi życia, subskrybuję jej platformę rozwojową „On my way”, czytałam jej książkę, uczestniczyłam w jednym z kursów, a o innym marzę bardzo, ale na ten moment fundusze mi na niego nie pozwalają. To się zmieni. Więc, gdy pojawił się temat tego spotkania to nie zastanawiając się za długo, kupiłam bilet.
Cieszyłam się, czekałam na niego, ale jakoś specjalnie nie chwaliłam się, że takie wydarzenie przede mną, bo, jak sobie nad tym teraz myślę, bałam się, co o mnie pomyślą znajomi i rodzina, że ja – i na warsztaty z psychologii? Jakoś dwa tygodnie temu częściej temat zaczął się pojawiać na tapecie, bo i termin bliski, więc takie typowe rozmowy, a co tam w planach. I odpowiadając czułam skrępowanie, nie bardzo wiedziałam, jak opisać, co to za spotkanie. Niby prosta sprawa, a mnie sprawiała jakąś trudność i powodowała zawstydzenie.
Nadeszła sobota i dzień spotkania. Najpierw nie wiedziałam w co się ubrać, choć wcześniej o tym myślałam i już plan był gotowy. Koncepcję zmieniłam i ubrania też, kilkukrotnie, bo może inaczej, może tak nie pasuje, a czy to odpowiednie, a czy nie za mało eleganckie albo za bardzo luzackie na takie wydarzenie.
Dotarłam na miejsce, przeszłam rejestrację i czekałam na otwarcie drzwi do salki kilka minut w towarzystwie kilkunastu innych kobiet, które częściowo się znały i rozmawiały, były w grupach, parach, a ja sama. Stałam, uśmiechałam się nieśmiało i czułam stresik, czy ja tu powinnam być, czy ja tu pasuje, a może się wyglupiłam, bo te panie to takie widać, że doświadczone w takich spotkaniach, odważniejsze, wiedzą o co chodzi, jak się zachowywać, a ja sama, niepewna, bez doświadczenia, no niepasująca jakoś.
Weszłyśmy do salki, żeby zająć miejsca, a że miałyśmy jeszcze pół godziny do rozpoczęcia to wybór był duży, bo dopiero się grupa zbierała. Chciałam być blisko, żeby widzieć wyraźnie i słyszeć dobrze, ale pierwszy rząd mnie krępował, bo to tak chyba za bardzo bym się na przód wysunęła z tym moim niedoświadczeniem. A co, jak padnie jakieś pytanie do widowni od Asi, albo będzie chciała jakoś zaangażować pierwszy rząd. Nie, nie, niebezpiecznie. Drugi. Drugi jest bezpieczny, nadal blisko i wyraźnie, ale bez ryzyka, że ktoś mnie wywoła do tablicy. Bingo. Obok siadają inni, zajmują miejsca, zmieniają, przebierają, ja już wybrałam. Ale czy dobrze? Mogłam w sumie w tym pierwszym, ale kawałek dalej od środka sceny, toby był taki lepszy kompromis może. Ale dobra, już siedzę, już wybrałam to nie ma co zmieniać.
Siedzę, czekam, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi jeszcze na kawę, ktoś ustawia laptopa i mikrofon. Wchodzi Ona, taka całkiem prawdziwa, skupiona, zadaniowa, szykuje prezentację, rozmawia, ustawia, pyta, odpowiada, śmieje się. A ja siedzę, obserwuję, rejestruję każdy ruch i nie wierzę, że ją spotykam na żywo. Piszę smsa do męża „Jaram się na maksa, Aśka juz jest i jest to jakieś nierealne, aż się wzruszyłam 🥹 spełnione marzenie 😁😁😁”.
Siedzę i jestem wdzięczna, że to się dzieje, że sama sobie dałam taki prezent i spełniłam marzenie spotkania jej na żywo, uczestniczenia w jej warsztatach – na żywo, uczenia się obsługi życia i poszerzania wiedzy o nim od strony psychologicznej. Bo chociaż ten temat jest mi bliski już od wielu lat i aktywnie wieloma ścieżkami poszerzam swoje kompetencje, wiedzę i umiejętności to jednocześnie mam wokół niego jeszcze mnóstwo przekonań i lęków, które się ujawniły chociażby w tym wszystkim, co było przed tym spotkaniem. Cała masa różnych myśli, straszków i wstydzioszków, które w moim życiowym plecaku nadal się chowają, choć wydaje mi się czasem, że już jestem taka fifarafa w różnych sprawach.
Pisząc to też czuję, że nie wiem, czy to dobry pomysł tak się odsłaniać, bo to ta część mojego miękkiego podbrzusza, wrażliwości, delikatności, które ryzykownie wystawiam na opinie i komentarze, a to niełatwe. Znam się jednak już na tyle, by wiedzieć, że czując ten rodzaj niepewności i lęku gdzieś w środku, powinnam to zrobić, bo to znaczy, że tego chcę, a obawiam się i wątpię, bo nie znam tego miejsca. Ono przyniesie coś nowego, jakąś zmianę, na którą czekam podświadomie, choć świadomie próbuję sabotować. Wiedząc to, piszę. Wiedząc to, dziękuję sobie, że mimo że się boję to robię.
Podziel się przemyśleniami :)