Koncepcja slow life jest mi znana już od dawna, przewija się gdzieś w sferze treści, które obserwuję, oglądam, czytam. Jest to intrygująca idea, która w moim odczuciu przynosi same korzyści. Jednocześnie w dzisiejszym świecie może się wydawać trudna do wdrożenia w codzienność, szczególnie, jeśli funkcjonujemy w świecie mediów społecznościowych, oglądamy telewizję czy czytamy wiadomości ze świata. Każda z tych platform bombarduje nas ciągłymi zmianami, nowościami, ciekawostkami, ważnymi informacjami, wypowiedziami kogoś mniej lub bardziej znaczącego, kontrowersjami. Cała masa treści, więc jak w nich odnaleźć spokój?
Gdzie jest ten balans życia, o którym równie często czytamy w mediach, że potrzebny, konieczny i musisz? Po której stronie tej dźwigni jestem, a po której chcę być? Czy podejmowane codziennie wybory prowadzą w jego kierunku, czy jest on celem? Z czego muszę zrezygnować, by żyć wolniej, spokojniej? Co powinnam zacząć robić, by ten spokój odnaleźć? Czy jestem gotowa na te zmiany?
Obserwując siebie wiem, że życie slow jest czymś, do czego dążę. Wiem, kiedy odbiegam od niego za daleko i wiem, że mi to nie służy, zbytnio bodźcuje, męczy, sprawia, że popadam w marazm i depresyjny nastrój. Zdarza się, że czuję ten moment, ale go nie widzę, albo raczej nie chcę zobaczyć, co jest tylko kolejną cegiełką w budowli frustracji. Z takich momentów najczęściej otrzeźwia mnie mąż, który jak ta latarnia morska wskazuje bezpieczny brzeg i pomaga wrócić. Wyciągając z nich lekcje wiem, co mi nie służy i czego unikać. To nie są wielkie rzeczy, najczęściej to te małe, których się nie zauważa, które wciągają, przy których zatraca się czas.
Moje slow to odcinanie się od bodźców, różnych. Z jednej strony telewizji, której nie mam od 11 lat, a która dziś kojarzy mi się z ciągłymi reklamami informującymi mnie, że jestem chora na wszystko i powinnam mieć aptekę w domu, a jednocześnie w przerwie od nich nie proponuje absolutnie nic zachęcającego do spędzenia czasu przed odbiornikiem. Podobnie radio – parę minut powtarzalnej, codziennie tej samej, muzyki w przerwach od reklam i szybkich, hasłowych wypowiedzi prowadzących, w których nie ma za dużo treści, za to wątki są zmienne, jak w kalejdoskopie. Media społecznościowe są kolejną taką przestrzenią, gdzie coraz mniej jest treści, coraz więcej krótkich, szybkich, hasłowych rolek, kontrowersji, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi i zdań, mających za zadanie przykuć na kilka chwil uwagę i wywołać poruszenie w sieci.
To nie jest tak, że nie korzystam z mediów w ogóle – korzystam, choć w bardzo ograniczonym już zakresie. Ze smutkiem jednak zauważam, że one bardziej mi szkodzą niż uczą, dają wartość, czy bawią. A to akurat argumenty, którymi lubiłam tłumaczyć czas tam spędzany. Oglądam, bo… obserwuję treści, z których uczę się o języku, o literaturze, o etykiecie, o zdrowiu, o rozwoju osobistym, o relacjach i tak dalej, lista bez końca. I to była częściowo prawda, natomiast obok tych tematów, ileż było bzdur, które mnie wiązały na dłużej i generowały skrolowanie, ostatecznie odzierające z energii.
Widzę u siebie też dużą wrażliwość na dźwięki i zapachy. Trudno mi funkcjonować w hałasie, przy czym tym hałasem jest dla mnie czasem zbyt głośna rozmowa sąsiadów, muzyka na słuchawkach u innej osoby, która dudni poza te słuchawki, dźwięki sprzętów domowych, bo zaczynają bądź kończą pracę, włączony telewizor w tle podczas spotkania w czyimś domu. Z zapachami mam relację taką, że intensywne perfumy, świeczki, sąsiad z zielonym hobby, powietrze w smogu wywołują u mnie wzburzenie żołądka i automatyczny spadek nastroju. Niech pachnie kawą to będzie mi dobrze, a te mi niesłużące staram się eliminować / unikać, na ile mogę, lub znajdować rozwiązanie, które choć odrobinę mnie uchroni przed nimi.
Ale slow life to nie tylko to. To też wybory konsumenckie – nowe ubrania, trendy, ozdoby do domu – na ile rzeczywiście potrzebuję tych rzeczy, a na ile są kaprysem, wynikają z zazdrości, bo ktoś ma, a ja nie? Na szczęście nigdy nie byłam fanką zakupów, a dziś jest to absolutnie marginalny aspekt mojego życia. Oczywiście poza spożywką, choć ten rodzaj akurat lubię. Tu jednak moje slow polega na wyborze bazowych produktów, które sama przetworzę w potrawy. Nie wymyślam jednak dań, nad którymi spędzę godziny w kuchni, szukam takich, które w swej prostocie i szybkości przygotowania spełnią wymóg dobrego smaku i zaspokoją apetyt. Staram się, by było to zdrowe, odżywcze i wartościowe i na co dzień tak jest, choć poza domem zdarza mi się też podjadać słodkości. Balans. 😉
Tak oto, slow life wydaje się być tym, czego szukam w życiu. Lubię ciszę, dźwięki natury, zapach lasu, bycie w samotności, z kawą i książką. Najlepiej spędzam czas tam, gdzie jest zielono, w górach, albo nad wodą, o ile jest pusto wokół mnie lub chociaż ograniczone grono. To nie znaczy, że unikam ludzi, ale spotykam się z tymi, na których mi zależy i wśród których czuję się dobrze. Nie potrzebuję tłumu wokół z ludzi, którym nie zależy na mojej obecności. To mądry wniosek, który nie był taki oczywisty jeszcze jakiś czas temu.
Cieszą mnie małe rzeczy, staram się pielęgnować uważność i wdzięczność. A więc, gdy za oknem deszcz to nie narzekam tylko doceniam, bo jest tak samo potrzebny jak słońce, a ileż trudniej byłoby nam żyć bez wody, upraw rolnych, plonów. Gdy mąż zrobi mi herbatę, posprząta w domu, zajmie się praniem, zrobi zakupy to mu dziękuję, bo o to zadbał. I działa to w dwie strony. Nie konkurujemy, kto więcej, bardziej, trudniej – dziękujemy, że druga osoba jest i dba.
Im dalej w las tym więcej drzew, więc kolejne odkrycia, gdzie jeszcze mogę zwolnić w życiu pewnie przede mną, bo choć porównując siebie dzisiaj to siebie sprzed 10, 5, 2 lat jestem w zupełnie innym miejscu niż wtedy to jestem przekonana, że można więcej. I o takie więcej proszę.
Podziel się przemyśleniami :)